piątek, 27 lutego 2015

Pyłek pszczeli/kwiatowy - właściwości i stosowanie


Pyłek pszczeli, zwany też pyłkiem kwiatowym, to produkowane przez rośliny męskie komórki rozrodcze, które są zbierane przez pszczoły z kwiatów, mieszane ze śliną lub miodem i przenoszone w specjalnych koszyczkach do ula. Aby zebrać zaledwie jedną łyżeczkę pyłku, jedna pszczoła musi pracować cały miesiąc, codziennie po 8 godzin! Doceńmy to :). W ulu pyłek stanowi pożywienie dla młodych pszczół, jest również konserwowany, aby stanowił zapas pożywienia na zimę. Pyłek poddany fermentacji mlekowej nazywa się pierzgą. Pyłek zbiera się z pszczół przy wejściu do ula za pomocą specjalnego poławiacza, pszczelarz może bez szkody dla pszczół zebrać około 10% pyłku. Pyłek może mieć różne kolory, zależnie od roślin, z jakich został zebrany, a 1 granulka pyłku to ponad 2 miliony pojedynczych ziarenek!

Co ciekawe, dotąd człowiekowi nie udało się sztucznie stworzyć pyłku pszczelego - pszczoły karmione syntetycznym pyłkiem umierały. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że wciąż nie są znane wszystkie składniki pyłku. A jest ich sporo! Pewien francuski naukowiec twierdzi nawet, że pyłek może stanowić kompletne pożywienie - to znaczy, że da się przeżyć tylko i wyłącznie na nim (ale nie radzę próbować).

Co zawiera pyłek pszczeli?
  • co najmniej 16 witamin (w tym A, B, B1, B12, C, E, P, PP)
  • łatwo przyswajalne białka (o 50% więcej niż wołowina!)
  • tłuszcze (m.in. kwas palmitynowy, linolowy, linoleowy, arachidonowy)
  • węglowodany
  • 32 aminokwasy
  • biopierwiastki (wapń, fosfor, magnez, sód, potas, żelazo, miedź, cynk, mangan, krzem, selen)
  • substancje odżywcze i enzymy
  • ...w tym elementy, których nasz organizm nie jest w stanie sam wytworzyć!

Jakie są właściwości pyłku pszczelego?
  • stanowi źródło energii i witalności, szczególnie polecane osobom starszym (ale nie tylko!)
  • pomaga w leczeniu alergii (w połączeniu z miodem; oczywiście przy zachowaniu ostrożności)
  • zwiększa odporność
  • działa antybiotycznie (działa na bakterie i grzyby; w połączeniu z propolisem znakomicie leczy stany zapalne jamy ustnej)
  • reguluje przemianę materii, wspomaga utratę wagi
  • działa antyanemicznie (zwiększa liczbę czerwonych ciałek we krwi)
  • działa przeciwzapalnie
  • działa detoksykująco (chroni i regeneruje wątrobę)
  • obniża poziom cukru we krwi
  • działa przeciwmiażdżycowo (obniża poziom lipidów)
  • przyjmowany przez mężczyzn po 40. roku życia zapewnia profilaktykę przeciwko schorzeniom prostaty
  • zmniejsza nerwowość, jest stosowany w leczeniu depresji i choroby alkoholowej (zwalcza objawy odstawienia)
  • poprawia wzrok (ze względu na obecność ryboflawiny, czyli witaminy B2)
  • odżywia i odmładza skórę

Jak należy przyjmować pyłek?
Kupiony przez nas pyłek w formie suszonych kulek możemy zmielić w młynku do kawy, bo w formie sproszkowanej jest podobno lepiej przyswajalny. Jednak mielenie może powodować zwiększenie temperatury, co neutralizuje zawarte w pyłku korzystne enzymy. W sklepach internetowych znaleźć można pyłek mikronizowany, który rozdrabniany jest specjalną maszyną, nie powodującą zwiększenia temperatury pyłku. Jednak pyłek w takiej formie dostępny jest znacznie rzadziej.
Ja wolę przyjmować pyłek niezmielony, niż ryzykować utratę jego właściwości w wyniku zmielenia.

Pyłek pszczeli najlepiej rozpuszczać w wodzie, bo dzięki temu zwiększa się jego przyswajalność (jego powłoczka ochronna pęka). Nierozpuszczony pyłek przyswajany jest jedynie w 10-15%, a po rozpuszczeniu - w 60-80%.
1-2 łyżeczki suszonego pyłku (można zacząć od mniejszej ilości, np. 1/2 łyżeczki) należy zalać 1/3-1/2 szklanki ciepłej, przegotowanej lub przefiltrowanej wody (o temperaturze nieprzekraczającej 40 stopni!) i zostawić na minimum 3 godziny, a następnie wypić - najlepiej rano, na pół godziny przed jedzeniem. Przed wypiciem taką mieszankę najlepiej jeszcze lekko podgrzać (znów - poniżej 40 stopni). Możemy ją dosłodzić miodem do smaku. Zamiast wody możemy też użyć mleka, jogurtu lub soku owocowego.

Podobno można przyjmować pyłek codziennie, przez cały rok, jednak najczęściej zaleca się spożywanie pyłku z przerwami - przede wszystkim dlatego, żeby nie przyzwyczajać organizmu, a tym samym nie zmniejszyć działania pyłku. Kuracja pyłkiem powinna trwać 1-3 miesiące, po czym powinny nastąpić przynajmniej 3 miesiące przerwy. Możemy ograniczyć spożywanie pyłku do 2 kuracji w roku, na przełomie zimy i wiosny oraz lata i jesieni, kiedy to szczególnie potrzebujemy zwiększonej odporności i energii. Zwiększoną, leczniczą ilość pyłku należy spożywać w dawkach podzielonych.

Dawkowanie
dzieci 3-5 lat – 10 gramów pyłku dziennie (choć niektóre źródła mówią o 1/3 dawki przeznaczonej dla dorosłego)
dzieci 6-12 lat – 15 gramów pyłku dziennie
dzieci powyżej 12 lat i dorośli profilaktycznie - 20 gramów
dorośli leczniczo - nie więcej niż 40 gramów
1 płaska łyżeczka to około 5 gramów

Przeciwwskazania i środki ostrożności
Pyłku pszczelego nie powinny spożywać osoby chorujące na schorzenia nowotworowego gruczołu krokowego oraz ciężkie uszkodzenia nerek, jak również kobiety na początku ciąży. Ostrożność powinny zachować osoby uczulone na pyłki. Około 2% populacji ma również silną reakcję na produkty pszczele.




Powyższe informacje nie stanowią porady medycznej i przed ich zastosowaniem należy skonsultować się z lekarzem. Nie ponoszę żadnej odpowiedzialności za skorzystanie z powyższych informacji.

wtorek, 24 lutego 2015

Zdrowe czekoladki (na oleju kokosowym)


Czy czekoladki mogą być zdrowe? Jasne! Są to czekoladki bazujące na oleju kokosowym, który jest wyjątkowo zdrowym rodzajem oleju:
  • zawiera średnio-łańcuchowe nasycone kwasy tłuszczowe, które są przekształcane bezpośrednio w energię, a nie magazynowane w formie tłuszczu - pamiętajcie, tłuszcze są nam potrzebne, tylko trzeba wybierać odpowiednie
  • zawiera kwas laurynowy, który ma silne właściwości przeciwwirusowe i przeciwbakteryjne, ale niszczy tylko szkodliwe bakterie!
  • zawiera antyoksydanty
  • nie jełczeje, więc nadaje się do stosowania w wysokich temperaturach.
Zamiast białym, wysoko przetworzonym i oczyszczonym cukrem, czekoladki słodzimy prawdziwym, najlepiej lokalnym miodem, który również ma wiele prozdrowotnych właściwości.

Do tego dodajemy jeszcze masło kokosowe, na które przepis podawałam niedawno (mam nadzieję, że zrobiliście!), oczywiście kakao i dowolne dodatki.

Czekoladki z tego przepisu są pyszne, a przy tym jedna czekoladka całkowicie zaspokaja potrzebę zjedzenia czegoś słodkiego (a skoro ja tak mówię, to tak po prostu jest - nie jestem osobą, która może się pochwalić samokontrolą, jeżeli chodzi o słodycze :D). Przepis znaleziony tutaj.



Czekoladki na oleju kokosowym
ok. 13 sporych czekoladek


1/3 szklanki oleju kokosowego
1 łyżka masła kokosowego
4 łyżki miodu
1 szklanka kakao
dodatki: u mnie 2 łyżki rodzynek pokrojonych na mniejsze części i po pół uprażonego orzecha laskowego na czekoladkę

Masło i olej rozpuścić w garnuszku. Dodać miód (jeżeli jest już skrystalizowany, rozpuścić go). Dosypać kakao i wymieszać trzepaczką, tak aby nie było grudek. Dosypać dodatki i wymieszać. Gotową masę przełożyć do silikonowych foremek. - ja jeszcze na wierzch każdej czekoladki wcisnęłam orzecha laskowego. Wstawić do zamrażarki na 5-10 minut. Czekoladki wyjąć z foremek i trzymać w lodówce.


niedziela, 22 lutego 2015

Domowy "Nesquik"


Wczesne wstawanie zawsze było dla mnie wyjątkowo trudne - szczególnie w zimie, kiedy o 7 rano jest tak ciemno. Kiedy byłam dzieckiem, zimowe śniadania umilał mi zrobiony przez mamę kubek kakao z "Nesquikiem". "Nesquikiem" posypywaliśmy też lody, a mój brat wyjadał go z opakowania łyżeczką.

Dalej lubię gorące kakao, ale skład "Nesquika" już mnie tak nie zachwyca. Przede wszystkim jestem przeciwniczką dodawania sztucznych witamin, które bardziej mogą nam zaszkodzić, niż pomóc. Witaminy powinniśmy czerpać z warzyw, owoców, nabiału, a nie z laboratorium. Poza tym, "Nesquik" zawiera aromat i jedynie 20% kakao, spójrzcie sami:

Nesquik Opti-Start, Słodzone kakao rozpuszczalne z dodatkiem witamin i składników mineralnych
cukier, kakao w proszku (20%) o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgator (lecytyna sojowa), składniki mineralne (węglan magnezu, pirofosforan żelazowy, siarczan cynku), premiks witaminowy (witamina C, witamina B1 witamina D), sól, aromat, cynamon

Słodzone kakao możecie bez problemu zrobić w domu, i to z dużo większą zawartością kakao!


Słodzone kakao


1 szklanka kakao
1 szklanka nierafinowanego cukru trzcinowego lub cukru kokosowego
1/2 łyżeczki soli

Cukier mielimy w młynku do kawy na drobny proszek, mieszamy z kakao i solą. Trzymamy w szczelnym opakowaniu. Wybraną do swojego smaku ilość takiego proszku mieszamy z pełnotłustym surowym lub pasteryzowanym w niższej temperaturze mlekiem.

Jeżeli (jakimś cudem ;) ) takie kakao jest dla was słodkie, możecie zmniejszyć ilość cukru o 1/4 szklanki.

piątek, 20 lutego 2015

Jak zrobić masło kokosowe?

 

Uwielbiam wszystko, co kokosowe.

Smażę na rafinowanym oleju kokosowym, a nierafinowanego używam do robienia granoli, czy domowych słodyczy (a nawet kosmetyków). Uprażone wiórki kokosowe dodaję do jogurtu, z wiórków robię też mleko i mąkę. Podczas ostatnich wakacji nic tak dobrze nie gasiło pragnienia, jak woda ze świeżego, dobrze schłodzonego kokosa :). Wiem, że są osoby, które nie cierpią smaku kokosa - niestety ten post nie jest dla nich, bo oto kolejny magiczny produkt - masło kokosowe.

Co możemy zrobić z takim masłem? Co tylko chcemy :). Możemy na przykład dodać je do samodzielnie zrobionej czekolady (na którą przepis podam, jak tylko zrobię kolejną porcję - zawsze się skończy, zanim zdążę zrobić zdjęcie...), można też je rozpuścić i maczać w nim świeże owoce (pycha!). Kokos jest naturalnie lekko słodki, więc nie musimy takiego masła niczym dodatkowo dosładzać. Być może nawet zdarzyło mi się je wyjadać łyżeczką prosto ze słoika... Ale nigdy się do tego nie przyznam ;). Takim masłem możemy też po prostu smarować kanapki, a jeżeli chcemy mimo wszystko czymś je "dosmaczyć", to możemy je zmieszać z miodem, czy kakao.

A warto spróbować, bo masło robi się bardzo prosto - wystarczy odpowiednio długo miksować wiórki. Ja robiłam to w zwykłym blenderze kielichowym i nie zajęło to dużo czasu, choć faktycznie musiałam kilka razy zgarniać wiórki szpatułką ze ścianek miksera.

Masło wychodzi bardzo twarde, więc raczej w większości wypadków trzeba przed użyciem chwilę je rozpuścić.


Masło kokosowe


200 g wiórków kokosowych
1 łyżka oleju kokosowego (opcjonalnie, dla lepszej konsystencji)


Wiórki miksujemy z olejem, aż do uzyskania gęstej pasty. Przelewamy do słoiczka i trzymamy w temperaturze pokojowej. Z podanej ilości składników wychodzi niecała szklanka masła.

piątek, 6 lutego 2015

Jak zrobić jogurt (i czy warto kupić jogurtownicę)?


Jogurt naturalny to jedna z tych rzeczy, które zawsze mam w lodówce. Porcja jogurtu z domową granolą, świeżymi owocami, czy nawet bez dodatków sprawdza się zarówno na śniadanie, jak i przekąskę w ciągu dnia. Poza tym jogurt często zastępuje mi śmietanę, np. do polewania pierogów czy naleśników z twarogiem. Nie żebym miała coś przeciwko śmietanie, ale rzadko jej potrzebuję, więc zwykle nie mam jej w lodówce. Jogurt daje całą masę możliwości, a do tego jest bardzo zdrowy i jako produkt fermentacji mleka bywa łagodniejszy dla osób z nietolerancją laktozy.

Dlaczego warto samodzielnie robić jogurt?
Czy w sklepach nie da się kupić dobrego jogurtu?
Oczywiście, że się da, choć nie jest to super łatwe. Ciężko o prawdziwy jogurt, który powinien zawierać wyłącznie mleko i żywe kultury bakterii. Większość dostępnych jogurtów zawiera jakieś dodatki zagęszczające, np. mleko w proszku.

Poza tym, domowy jogurt kosztuje mniej.
Koszt wytworzenia przeze mnie 1 litra jogurtu zamyka się w przedziale od 2,5 zł do 3,3 zł, zależnie od tego, za ile dostanę mleko.
Dla porównania: cena 1 litra jogurtu w sklepie wynosi w zasadzie od 4,0 zł do 8,5 zł, w zależności od marki.
Widać różnicę? :)

A tak poza tym, to zawsze będę powtarzać: robienie takich rzeczy samodzielnie to po prostu frajda.

Jak się robi taki jogurt?
Przede wszystkim musimy zdecydować, jakiego sprzętu do tego użyjemy. Czy trzeba kupować jogurtownicę? Odpowiedź brzmi "nie". Ale czy warto? To już zupełnie inna sprawa. W internecie można znaleźć wiele metod robienia jogurtu bez jogurtownicy: zawijając garnek z mlekiem w koce, stawiając obok kaloryfera, używając termosów czy napełnionych gorącą wodą przenośnych lodówek. Wszystko po to, aby zachować stałą temperaturę, tak by bakterie "kwitły" ;). Swoją pierwszą porcję jogurtu zrobiłam w dużym słoiku zawiniętym w gruby ręcznik. No i nie wyszło. Stwierdziłam, że szkoda mi marnować kolejną porcję mleka, lepiej jednak zainwestuję w jogurtownicę. Kupiłam chyba najtańszą, jaką można znaleźć, firmy Clatronic za ok. 60 zł. Jeżeli spojrzycie na wyliczenia, które podałam wyżej, to wbrew pozorom taki zakup stosunkowo szybko się zwróci, jeżeli jecie dużo jogurtu. Tym bardziej, że omija was koszt mleka zmarnowanego na nieudane partie.

Kolejna decyzja, którą musimy podjąć, dotyczy tego, jakiego startera użyjemy. Możemy wybrać między:
  • kupnym jogurtem - oczywiście takim "prawdziwym". Ja zdecydowałam się na jogurt Bakomy (ale nie ten "gęsty", który ma dodatek mleka w proszku, tylko "łagodny", który zawiera tylko mleko i żywe kultury bakterii, w tym bakterie probiotyczne). Taki zakup musicie wykonać mniej więcej raz na 20 partii jogurtu. Do każdej kolejnej partii zostawiacie trochę zrobionego przez siebie jogurtu, który będzie służył jako starter do następnej partii. A po 20 kupujecie kolejny jogurt ze sklepu, żeby do waszego jogurtu wprowadzić świeże kultury bakterii.
  • bakteriami jogurtowymi - które można kupić na Allegro lub w specjalistycznych sklepach. Kupiłam takie bakterie, ale coś nie za bardzo mi z nich jogurt wychodzi... W smaku jest ok, ale ma bardzo dziwną konsystencję, taką ciągnącą i, wybaczcie to określenie, glutowatą. Myślałam, że daję za dużo tych bakterii (a to przecież taka mała fiolka na aż 100 litrów mleka), ale ostatnio dałam dosłownie odrobinę, a konsystencja i tak była na tyle dziwna, że jogurt nie przechodził mi przez gardło... Ale może to kwestia kiepskich bakterii? Dla ułatwienia sobie życia ja póki co decyduję się na jogurt kupny jako starter.


Jogurt naturalny


1 litr pełnotłustego mleka świeżego lub pasteryzowanego (ale nie UHT)
150 g jogurtu naturalnego bez dodatków


Podgrzej mleko do temperatury 45 stopni (mleko świeże najpierw zagotuj, a potem ostudź do 45 stopni).

Warto zainwestować w termometr, który poinformuje nas o osiągnięciu określonej temperatury. Naprawdę ułatwia życie!

Dokładnie wymieszaj jogurt starterowy, tak żeby nie było grudek (w przeciwnym razie cała porcja jogurtu będzie miała grudki). Dodaj jogurt do garnka z mlekiem i dokładnie wymieszaj. Przelej do dołączonych do jogurtownicy słoiczków (dokładnie umytych, wyparzonych i osuszonych), zakręć, wstaw do jogurtownicy i włącz urządzenie. Odstaw na 8 godzin w miejscu, w którym jogurtownica nie będzie narażona na wstrząsy. Nie ruszaj jej!



Po 8 godzinach wstaw jogurty na kilka godzin do lodówki (ja odstawiam na noc, dzięki czemu na śniadanie jogurt już na mnie czeka). Po wyłączeniu jogurtownicy czekam jeszcze chwilę przed włożeniem słoiczków do lodówki, aby trochę ostygły.

Przechowuj w lodówce przez około tydzień.

Jeden słoiczek (ok. 150 ml) zostaw jako starter do kolejnej porcji jogurtu.

Jogurt bez dodatku mleka w proszku nie wychodzi bardzo gęsty, choć mi jego konsystencja odpowiada. Jeżeli jednak potrzebujecie bardzo gęstego jogurtu, to wylejcie go na gazę lub chustę serowarską i zostawcie do odcieknięcia.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Jak zrobić zupę cebulową w proszku?



Kilka lat temu, kiedy jeszcze za bardzo nie przejmowałam się składem rzeczy, które wkładałam do sklepowego koszyka, bardzo lubiłam banalnie prosty przepis na obiad, który gdzieś-kiedyś-od-kogoś dostałam. Polegał na podsmażeniu kawałków piersi z kurczaka i dodaniu do tego śmietany wymieszanej z zupą cebulową w proszku.

Jak powiedziałaby Maria Skłodowska-Curie: Sama chemia, ale pyszne!*
*Patrz: Kabaret Moralnego Niepokoju ;)

Obiad słony i cebulowy, a do tego prosty i szybki - jak można tego nie kochać?
Trochę mi się nawet smutno zrobiło, odkąd przerzuciłam się na Real Food, że czasy tej delicji już za mną. Ale gdzież tam! Internet pełen jest przepisów na Onion Soup Mix, niezawierających tak apetycznych składników, jak chociażby to:
Knorr, Rozkosze podniebienia, Francuska zupa cebulowa z prażoną cebulką
cebula (48%) w tym prażona (3,8%), skrobia, sól, mąka pszenna, tłuszcz palmowy, ekstrakt drożdżowy, wzmacniacze smaku: glutaminian monosodowy, inozynian disodowy, guanylan disodowy, marchew, aromaty, czosnek, pieprz, kminek, kolendra, korzeń pietruszki, olej słonecznikowy, natka pietruszki, kwas: kwas cytrynowy, koncentrat soku z cebuli, glukoza
Mhm, brzmi naprawdę rozkosznie. A tu, popatrzcie jak ładnie :):



Zupa cebulowa w proszku


1/2 szkl. suszonej cebuli w płatkach
2 łyżeczki soli
2 łyżeczki słodkiej papryki
2 łyżeczki kurkumy
2 łyżeczki cebuli w proszku (ja po prostu zmiksowałam blenderem cebulę w płatkach)
1 łyżeczka suszonej pietruszki
1 łyżeczka cukru (u mnie kokosowego)


Składniki mieszamy, wrzucamy do słoiczka. Ot, cała filozofia.

Od razu zaznaczam, że nie używałam tej mieszanki do robienia zupy jako takiej, nie mam nawet takich planów. Ta mieszanka służy mi bardziej jako mieszanka przyprawowa, do stosowania w przepisach, które mówią o "zupie cebulowej w proszku". Można nią na przykład nacierać mięso, albo wykorzystać w sposób, o którym napisałam na początku, czyli wymieszać ze śmietaną (bądź słodką śmietanką, co kto lubi), dodać do podsmażonej piersi z kurczaka, chwilę podgrzewać, aby trochę zgęstniało, a potem wymieszać z ryżem. Efekt wygląda mniej więcej tak (sztuczne światło trochę przekłamuje kolor):



sobota, 31 stycznia 2015

O tym, jak łój wołowy uratował moje przesuszone dłonie



Ostrzeżenie!
Post raczej nie dla wegan o słabych nerwach.
Ani też dla osób "wrażliwych", które nigdy nie wzięłyby pod uwagę smarowania się tłuszczem zwierzęcym.
A do tych odważnych mówię - enjoy! :)


------------------------------
Od pewnego czasu staram się, aby używane przeze mnie kosmetyki miały prostszy i bardziej naturalny skład. Wiąże się to oczywiście z samodzielnym ich robieniem - z większymi lub mniejszymi sukcesami ;).

Wiem już, że na pewno nie wrócę do kupowania przeróżnych środków do mycia twarzy, kremów do twarzy i balsamów do ciała, czy peelingów - znalazłam już na nie tańsze i prostsze odpowiedniki.

Niestety tej zimy mam strasznie przesuszone dłonie, które zaczęły w pewnym momencie przypominać papier ścierny. Smarowanie czymkolwiek twarzy stało się koszmarem, a ścierki z mikrofibry dosłownie przyczepiały mi się do rąk! Dramat... Z entuzjazmem przystąpiłam więc do "kręcenia" domowych kremów do rąk. Używałam nierafinowanego oleju kokosowego, masła shea, masła kakaowego, olejku ze słodkich migdałów, olejku jojoba... I tutaj mój entuzjazm się skończył, bo nie dawały absolutnie żadnej poprawy. Możecie sobie wyobrazić moje rozczarowanie. W chwili desperacji poddałam się i kupiłam krem w drogerii. Ale i on nic nie dał.

Postanowiłam więc wrócić do pomysłu zrobienia domowego kremu, jednak we wszystkich "przepisach", na które trafiałam, powtarzały się wciąż te same składniki, a przecież wiedziałam już, że mi nie pomagają. Moją uwagę zwróciła inna rzecz, która też pojawiała się na amerykańskich stronach - tallow, czyli łój wołowy.

Upraszczając, łój to taki smalec, tyle że pozyskiwany z krowy :). Smalec oczywiście nie był mi obcy, ale ten łój to była kompletna tajemnica. Nie wiedziałam nawet, czy można go w ogóle u nas zdobyć. I wtedy trafiłam na ten post Klaudyny, który nie tylko dał mi nadzieję, że nie jest to wcale żaden Święty Graal i można go gdzieś kupić, ale też dowiedziałam się, jakiego rodzaju mam szukać. Miał to być łój z nerkówki, czyli części mięsa cielęcego z nerką. Tam właśnie łój jest najlepszy i... najmniej śmierdzący ;). Z rozmowy z mamą dowiedziałam się też, że takiego łoju używa się do robienia tradycyjnych kołdunów litewskich. Na łoju smaży się też podobno najlepsze frytki, bo zachowuje stabilność w wysokich temperaturach (nawet do lat 90. McDonald's smażył swoje frytki właśnie na nim, a nie na mieszance olejów roślinnych).

Stwierdziłam, że po łój muszę się udać tam, gdzie bez problemu można dostać cielęcinę, czyli na gdyńską "Halę". I proszę - już na pierwszym stoisku okazało się, że łój z nerkówki oczywiście jest, że "pewnie do kołdunów" ;), i że kosztuje 2 zł za kilogram. Wzięłam małą porcję na próbę, wytopiłam i stworzyłam bardzo prosty balsam.

Efekty?
Rewelacja! Pierwszego dnia nałożyłam balsam na noc i założyłam bawełniane rękawiczki. Rano stan moich dłoni był już o 50% lepszy! Nie spodziewałam się aż takiej zmiany w tak krótkim czasie. Przez kolejne kilka dni smarowałam ręce kilka razy dziennie, aż wreszcie zupełnie pozbyłam się problemu przesuszonych rąk. Dodatkowo zachwyciło mnie to, że balsam szybko się wchłania, pozostawiając skórę miękką i nawilżoną (czuję się, jakbym występowała w reklamie...), a nie pozostawia tłustej warstwy, która uniemożliwiałaby nam normalne funkcjonowanie.

Z czego wynika taka skuteczność łoju?
  • Składa się w ok. 50% z nasyconych kwasów tłuszczowych - podobnie, jak nasza błona komórkowa! Dzięki temu podobieństwu również szybko się wchłania.
  • Jest zbliżony do łoju skórnego, zwanego popularnie sebum, który zapewnia miękkość skóry i zapobiega jej wysuszaniu.
  • Zawiera ważne, rozpuszczalne w tłuszczach witaminy: A, D, E i K.
  • Zawiera kwas rumenowy, który ma silne właściwości przeciwzapalne, a nawet przeciwnowotworowe.
  • Zawiera kwas oleopalmitynowy, który jest bardzo dobrze wchłaniany przez skórę, nawilża ją i zmiękcza, ma też właściwości antybakteryjne

Zacznijmy od wytopienia łoju
Łój kroimy na kawałki - zauważycie na nim pewną "błonkę", można spróbować częściowo ją usunąć, ale nie trzeba się tym za bardzo przejmować. Pokrojony łój wrzucamy na patelnię i na małym ogniu topimy, póki w płynnym łoju nie zostaną już tylko chrupiące skwarki. Odcedzamy na sitku wyłożonym gazą. I tyle, koniec. Jeżeli kiedyś wytapialiście smalec, wiecie o co chodzi.

Ciekawostka:
Podobno kolor łoju zależy od odmiany krów, z jakich został pozyskany - łój od odmian mlecznych jest bardziej żółty, a mięsnych - bardziej biały.



Kiedy już mamy wytopiony łój, połączymy go z oliwą z oliwek (oczywiście extra virgin), która będzie odpowiadać przede wszystkim za konsystencję. Od razu ostrzegam, że gotowy balsam jest dość twardy, nie nabiera się go bardzo łatwo, ale postanowiłam nie dodawać już więcej oliwy, bo chciałam przede wszystkim korzystać z właściwości łoju, poza tym nie chciałam ryzykować, że wygodniejsza konsystencja balsamu będzie się równała niewygodnej, tłustej warstwie pozostawionej na skórze. No i miało być tanio :).

Co z zapachem?
Dobrej jakości łój z nerkówki naprawdę nie śmierdzi. Owszem, ma lekko specyficzny zapach, który mi osobiście nie przeszkadza, poza tym można go zatuszować dodatkiem olejków eterycznych. Ja dodałam olejku pomarańczowego, dzięki któremu mój balsam pachnie jak babka cytrynowa mojej mamy... Rozmarzyłam się, ale ok, bierzemy się za robienie balsamu!


Balsam z łojem wołowym


100 ml wytopionego łoju z nerkówki
50 ml oliwy z oliwek extra virgin
7 kropli olejku eterycznego


Wytopiony, płynny łój mieszamy po lekkim ostudzeniu z oliwą z oliwek i przelewamy do czystych słoiczków. Kiedy mieszanka jeszcze trochę ostygnie, dodajemy olejek eteryczny i mieszamy.

Uwaga! Taki balsam jest też często polecany na podrażnienia od pieluszek, jednak pamiętajcie, że olejki eteryczne to wbrew pozorom bardzo silne substancje i zaleca się ostrożne ich stosowanie u dzieci. Jeżeli robicie balsam dla dziecka poniżej 2 roku życia, najlepiej nie dodawajcie olejku w ogóle.

Franek wyczuł cielęcinkę